NA FALI GNIEWU

Zawsze byłam buntowniczką, prowokatorką i lubiłam konfrontacje. Tylko że kiedyś wypełniało to 90% mojego zachowania. Pozostałe 10% spędzałam płacząc pod prysznicem, czując się w środku połamana jak patyk.

W młodości wszyscy się mnie bali i raczej nikt nie potrafił powiedzieć mi w twarz, co o mnie myśli. Ja i tak nie słuchałam, albo reagowałam jawną bądź ukrytą agresją. To była taka moja forma ochrony, bo tak naprawdę zawsze byłam bardzo wrażliwa. Byłam wrażliwa do tego stopnia, że wiele lat życia cierpiałam na nerwobóle brzucha i klatki piersiowej. Nigdy nie miałam jakiegoś głębszego pomyślunku na temat zarządzania emocjami, swoją psychiką, technik relaksu, oddechu, czy medytacji. Myślałam, że życie takie po prostu jest: takie, jakiego ja nie chcę, nudne, wkurzające, upierdliwe. Ludzie są też tacy. Relacje międzyludzkie są niepotrzebne, układy z mężczyznami zawsze muszą być podszyte seksem, a z kobietami zazdrością i pogardą, robota musi być ciężka, a do studiów i nauki trzeba się zmuszać.

Nie wpadłam na to, że mogę sobie to urządzić tak, jak chcę i że to ode mnie zależy, jak to wszystko ma wyglądać. To jest właśnie ta „zimna depresja”, na którą cierpimy w dzisiejszych czasach.

Mówił o niej mistrz jogi Kundalini, Yogi Bhajan, określając to zjawisko właśnie tym mianem. Zresztą jest ono nawet szersze i dotyka nas wszystkich jako kolektyw. Nie zdaję sobie sprawy, że nie zdaję sobie sprawy, że zbudowałam sobie w głowie izolatkę z cegieł, wcisnęłam ostatnią z nich do jedynego otworu, przez który wpadało światło i siedzę teraz w środku, nie wiedząc, że wokół jest nieskończony ocean możliwości spędzania swojego życia w taki, sposób, jak mi się tylko podoba, a ta izolatka to mój schemat myślenia. W każdej chwili mogę wstać i pójść w inną stronę. Potem trzeba tylko oczyścić podświadomość. Nic prostszego: medytacja. Biegłe zarządzenie swoim życiem naprawdę nie jest takie trudne.

W ciągu ostatnich lat przeszłam ciekawą rekalibrację mojej psychiki. Mam wrażenie, że dzięki mojej praktyce medytacyjnej i jogicznej dokręcam i odkręcam jakieś kurki mojej osobowości, by ta wspierała mnie w przeżywaniu przygody zwanej życie. Po kilku latach zaczynam widzieć w tym pewną logikę, znam się na tej hydraulice. Ba, zaczęłam być w tej dziedzinie autorytetem, a inni pytają mnie, jak żyć. Mój gniew to już nie 90%, a alternatywą dla niego nie jest rozpacz pod prysznicem. Czuję i przeżywam wszystko w harmonijnym przepływie. Radość, smutek, gniew, ekstazę, ekscytację, niepokój, zachwyt i cały wachlarz bogactwa bycia człowiekiem.

Gdy pokapowałam się, że ta moja defensywno-ofensywna maska już mi jakoś nie służy, odrzuciłam ją całkowicie. Spojrzałam na świat jak dziecko: wszystko wydawało mi się piękne, poczułam cały wachlarz emocji, które gdzieś tam zepchnęłam do niedostępnego magazynu w mojej psychice. Na ludzi patrzyłam z ogromnym współczuciem. Potrafię znaleźć zrozumienie nawet dla najbardziej absurdalnych, czy karygodnych zachowań, które pozbawiają nas człowieczeństwa. Widzę w nich siebie: zagubienie, oderwanie od duszy, od swojej esencji, od miłości, od źródła, przemoc jako wyraz bólu i cierpienia, brak empatii jako wyraz nieuświadomionej samotności, manipulacja jako brak poczucia bezpieczeństwa, wstyd jako nieumiejętność kochania siebie – to wszystko jest dla mnie jasne, jak słońce. Potrafię pokłonić się w pokorze przed każdym nieszczęściem i występkiem. Naprawdę czuję to w każdej komórce. Na szczęście uzdrowiłam się z nerwobóli, bo inaczej chyba bym oszalała. Zaczęłam natomiast pracować jako healer. Czuję i wiem, co myślą o mnie inni, co myślą i czują wobec własnego życia. Nie oceniam tego, bo nauczyłam się nie oceniać siebie. Wszystko przyjmuję i współczuję, a potem znajduję rozwiązania. Jeśli coś mnie przerasta, to mam dobrą taktykę postępowania w takich sytuacjach. Zdradzę ją Tobie, polecam i zachęcam: kłaniam się w pokorze przed wszystkim, co jest większe ode mnie i czego nie rozumiem. Zawsze działa. Codziennie wykonuję praktykę jogiczną, która nazywa się ego eradicator – niszczarka ego, aby mi moje wewnętrzne uwarunkowania nie zaciemniły ostrości postrzegania życia jako nieskończonej sieci połączeń. To taka święta geometria. Da się w tym może nieco połapać, ale i tak zawsze coś mnie zaskakuje.

Przekręcając kurki mojej osobowości za pomocą medytacyjnego treningu umysłu, odkryłam na nowo jak bardzo lubię wychodzić poza ramy, wkładać kije w kilka mrowisk na raz, chować się za drzewem i patrzeć, co się dzieje. Lubię surfować na falach gniewu, niezgody, prowokacji. Patrzenie na życie i ludzi przez różowe okulary to zdecydowanie nie dla mnie. Bywam oschła, stawiam silne granice, nie kupuję Twojej wizji świata, wszystko sączę przez moje wykalibrowane na prawdę trzecie oko. Kocham moją indywidualność, niepasowanie do standardu, wychodzenie poza ramy. Ale bywa to trudne.

Czasem moja wrażliwość popycha mnie do użalania się nad sobą, gdy inni sączą we mnie swoje życiowe niepowodzenia, albo czują się w pełni upoważnieni, aby publicznie wypowiadać się o moim życiu, moich decyzjach, mojej formie pracy, zmianach, które zaszły we mnie w ciągu ostatnich lat. Wypowiadają się też za plecami. Bywam smutna, bywa że płaczę od Waszego hejtu, Waszego osądzania, bywa że dostaję komentarze lub prywatne wiadomości, gdzie ktoś postanawia spędzić swój czas na tym, aby komunikować mi o swoich oczekiwaniach w stosunku do mojej osoby, czy mojej pracy lub o niezadowoleniu z powodu tego, w jaki sposób postanowiłam układać swoje życie. Serio. Bywa też, że płaczę, bo dostaję wiadomości pełne miłości, podziękowań i wzruszenia. Mam na to jedną odpowiedź: ego eradicator, wspomniana wyżej niszczarka ego oraz pokora – pokłon przed wszystkim, co mnie przerasta. To bardzo ułatwia sprawę. Dzięki temu mam siłę, by dalej żyć i tworzyć, by dzielić się tym, co uważam za ważne, mimo że świat czasem mi mówi, że oszalałam. To jest jednak wybór: albo być po stronie tych, którzy patrzą na innych i osadzają ich życie i wybory, albo być w przepływie i kreować z serca, mierząc sensowność swojego postępowania poziomem codziennego szczęścia. Dla mnie jest taki wyznacznik, że jeśli kładę się spać ze spokojem w sercu i zasypiam ze spokojem w sercu, to jest dobrze.

Jak stałam się osobą publiczną? Zawsze dzieliłam się tym, co jest dla mnie ważne szczerze i autentycznie. Nigdy nic nie udaję. To jest czysty przepływ. Czuję, jakby przejawiało się przeze mnie moje najgłębsze przeznaczenie ze źródła, z esencji tego, kim jestem, kim każdy z nas jest na najgłębszym poziomie, w tym diamentowym punkcie świadomości, w samym centrum serca, czy kosmosu. Dlatego mam odwagę mówić i dawać wyraz temu, kim jestem. Dlatego mam siłę, by robić to dalej w zgodzie ze sobą. Dlatego mi się chce. Dlatego z jednej strony bardzo uważnie słucham innych, ale swoje pomysły i kierunki dla mojej działalności konsultuję ostatecznie tylko sama ze sobą. Biorę odpowiedzialność i to jest dla mnie zaszczyt. Zmieniam zdanie, obieram nowe cele i sposoby ich realizacji i się nie tłumaczę. A bywa że są naciski, mniej lub bardziej sensowne i uzasadnione.

Jestem królową mojego życia i głęboko wierzę, że to, co robię, jest dobre dla mnie i dla wszystkich moich relacji. A mam ich setki, albo tysiące. Mam moc dotykania ludzkich serc. Każdy z nas zresztą ma. Jak dotykasz innych? Na jakich strunach grasz w relacjach międzyludzkich? Jak komunikujesz i po co?
Ja głęboko wierzę, że każde słowo, które wypowiadam, jest święte i tak je traktuję. Naprawdę. Nie marnuję czasu danego mi na tym świecie jako Amrita Darshan, odkąd się pokapowałam, ile ode mnie zależy. Zanim będziesz mieć o mnie jakieś zdanie: czy wolisz moją starą, czy nową odsłonę, czy powinnam robić to i tamto, albo tak, czy tak, to zapraszam Cię do autorefleksji na temat swojego własnego życia. Czemu marnujesz swój czas na mnie, zamiast przyjrzeć się sobie i mistrzowsko opanować swoją domenę? Ja jestem tylko lustrem i spustem do pomyślunku, rozwoju, zmiany.

Moja fala gniewu opada. Uwielbiam na niej tworzyć nowe koncepcje, konfrontować, prowokować. Zaraz położę się w słońcu, głęboko oddychając, myśląc o przygodzie, która była moim udziałem tym razem, chłonąc moc ziemi, wody i powietrza. Byłam dzisiaj w górach, a potem kilka godzin paliłam ognisko. Moje życie to prawdziwa magia. Tak sobie je urządziłam i wymyśliłam. Możesz ze swoim zrobić to samo – urządzić i wymyślić po swojemu. Naprawdę masz wszystko, co Ci potrzebne, by to zrobić. Po pierwsze dyscyplina, determinacja i zaangażowanie – zbudują Twój charakter. Joga Kundalini i medytacja są do tego świetne. O tym pisałam wczoraj 🙂 dziękuję, że mnie czytasz! Jestem jestem.

Materiały video z warsztatami, wykładami i praktykami jogi Kundalini, znajdziesz w zakładce WIEDZA -> Filmy

oraz w dużej bibliotece video na moim kanale You Tube Darshan Media.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz